Udało się. Z Dolomitów wróciliśmy cali i teraz chcemy podzielić się naszymi wrażeniami.
Dojazd
Wbrew obawom zapakowaliśmy się do auta ze wszystkimi bagażami i to w skończonym czasie. Chwilę po 21.00 czasu lokalnego opuściliśmy Bydgoszcz. Pewnym zmartwieniem był nasz (a raczej nie nasz, bo pożyczony) bagażnik dachowy, który w dodatku został do auta przymocowany za pomocą belek od innego auta i innego bagażnika, za to w fachowy sposób ("ja chyba wiem, jak to się montuje").
 |
| Z ziemi polskiej do włoskiej |
Kilometry mijały szybko, wygodnie się jedzie w pięciu kierowców. Choć pewnie w czterech jechało by się jeszcze wygodniej. Tym niemniej, w godzinach porannych dnia następnego byliśmy już we Włoszech. Pozostało tylko dostać się w rejon grupy Sesto, gdzie planowaliśmy rozpocząć łażenie. Dolomickie serpentyny zajęły nam trochę więcej czasu niż się spodziewaliśmy, ale około 13.00 zaparkowaliśmy w okolicach schroniska Lunelli (1568m).
 |
| Schronisko Lunelli |
Na szlak
Przy aucie zapakowaliśmy co trzeba w plecaki i wkrótce ruszyliśmy na szlak. Po około godzinie niezbyt uciążliwej wędrówki osiągnęliśmy schronisko Berti (1950m). Stamtąd jeszcze dobra godzina pod górę do początku ferraty.
Ciekawostka: w Dolomitach szlaki znakowane są wyłącznie czerwonym (względnie pomarańczowym) kolorem. Najcześciej są to nieregularne kropki na skałach, czasem strzałki lub numery szlaków.
 |
| Droga ze schroniska Berti do początku ferraty Roghel |
Roghel - pierwsza ferrata
Wreszcie docieramy do początku stalowej liny. Widoki piękne, roślinność cudna, skały fajne, ale to na pierwszą ferratę wszyscy najbardziej czekaliśmy. Pierwsze ubieranie zajęło chwilę. Okazało się, że uwiązanie lonży do uprzęży nie jest aż takie oczywiste, ale jako średnio inteligentnym mężczyznom - udało nam się w końcu.
 |
| Helmut na ferracie Roghel. Hen w dole - schronisko Lunelli. |
Początkowo pokonywaliśmy ferratę w elegancki sposób, tj. opierając ręce i nogi jedynie o skały i traktując linę jedynie jako środek asekuracji. Niebawem dotarliśmy jednak do pionowego odcinka, który był w dodatku wilgotny. Biorąc pod uwagę to, że było już dość późno (17.30?) a do biwaku jeszcze dość daleko, postanowiliśmy nie przebierać w środkach i wspinać się także przy użyciu stalówki.
Po dalszej 1,5h wspinaczki docieramy do przełęczy położonej trochę powyżej 2500m, z której rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na Val (czyli dolinę) Stalata.
 |
| Widok na dolinę Stalata |
Biwak Cadore
Z przełęczy kierujemy się już w dół. Po pewnym czasie kończy się stalowa lina i w oddali ukazuje się biwak Cadore - nasz cel i miejsce noclegowe. W duchu już od kilku godzin modlimy się, by nie okazało się, że przed nami dotrze do niego np. drużyna rosłych Rosjan.
Od tego momentu droga staje się jednak nieprzyjemna. Pierwszy i bynajmniej nie ostatni raz w czasie tego wyjazdu dostajemy w kości (i stawy) od piargu. Skumulowane zmęczenie po kilkunastogodzinnej jeździe autem i kilkugodzinnej wspinaczce bardzo nas spowalnia. W międzyczasie zbaczamy ze szlaku. Biwak niby tak blisko, ale wciąż mamy do niego kawałek. Wreszcie docieramy. Radość wzmaga fakt, że biwak jest pusty - na tę noc będziemy go mieli wyłącznie dla siebie.
 |
| Biwak Cadore z bliska |
Chwila odpoczynku i przystępujemy do czynności obozowych. Kartusz idzie w ruch, po chwili pierwsze zupki chińskie gotowe. Kolacja, szybka myjka w pobliskim strumieniu, chwila dektowania się widokami i do łóżek. Jutro przed nami długa trasa.
 |
| Helmut i Dietrich wewnątrz kapsuły biwakowej |
nawet nawet
OdpowiedzUsuń