wtorek, 9 października 2012

Relacja - dzień VI

Szósty to (jak się później miało okazać) ostatni dzień naszych dolomickich wędrówek. Pozostając w rejonie Marmolady, przemierzyliśmy leżący ciut na północ od niej Grzbiet Padon z dość trudną ferratą Trincee.

Grzbiet Padon widziany z południa. Wygląda beztrosko, trochę jakby wzięty z Bieszczad, ale skałki widoczne na dalszym planie mają ponad 2700m.

Ulewny poranek

Po obudzeniu nie byliśmy zachwyceni pogodą. Śniadanie zdążyliśmy jeszcze zjeść bez opadów, ale namioty trzeba już było zwijać w pośpiechu, bo zaczynało padać. Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy przed siebie. Lało całkiem solidnie, więc nie uśmiechało nam się ruszać w skały. Zdecygowaliśmy się więc na szopping w pobliskim Canazei. I to był strzał w dzisiątkę, bo w czasie gdy my buszowaliśmy w makaronach (dacie wiarę, że ci Włosi mają go nawet w kształcie fallicznym?) i piwie (na szczęście tylko w tradycyjnym kształcie), trochę się wypogodziło. Wróciliśmy do przełęczy Fedaia (2057m), zostawiliśmy auto i ruszyliśmy szlakiem 699 w stronę przełęczy Passo Padon (2370m).

Od lewej: Jurgen, Helmut i Heinrich na przełęczy Passo Padon. W tle chyba Fanis i Tofany. 
Nie zatrzymując się w schronisku tuż koło przełęczy, ruszyliśmy na zachód w stronę przełęczy Porta Vescovo (2516m). Ponieważ znów zaczynało padać, postanowiliśmy nie iść grzbietem (tj. ferratą), lecz równoległą do niej scieżką Viel del Pan, wiodącą trochę poniżej grani po południowej jej stronie.

Widok na masyw Marmolady z ścieżki Viel del Pan.
Drepczemy, mając po lewej stronie widok na zatopioną w chmurach Marmoladę. Nagle za zakrętem, dokładnie na naszej ścieżce, niemal wpadamy w małe stadko owiec, które zupelnie się nami nie przejmując, hasają w najlepsze. Niestety nie zrobiliśmy im zdjęć, bo naprawdę solidnie padało.

Przed samym Porto Vescovo trochę gubimy szlak. Wprawdzie widzimy kilkaset metrów przed sobą (w lini prostej) górną stację kolejki z Arabba, nijak nie wiemy, którędy tam dojść. O pomoc prosimy starszego Niemca, który od jakiegoś czas drepcze kawałek za nami. Ten, po zerknięciu w swoją supernowoczesną elektronikę, wskazuje nam kierunek dalszego marszu - jak się po chwili okazuje - błędny (sabotażysta jeden!). Tym niemniej po kwadransie osiągamy stację-schronisko. Spożywamy tam kanapki z pasztetem i czekoladą, a w międzyczasię się rozpogadza i wychodzi słońce. 

Ferrata delle Trincee

Wprawdzie mamy obawy co do wilgotności skał (w końcu cały ranek lało), ale wyruszamy do początku ferraty. Po drodze odłącza się Dietrich, który nadal nie czuje się w pełni sił i schodzi do jeziora Fedaia, by je obejść od południa i poczekać na nas w aucie.

Tymczasem nas na początku ferraty czeka miła niespodzianka - w godzinę po ustaniu opadów słońce zdażyło już zupełnie  wysuszyć skały. No to uprzęże włóż, lonże wepnij i hop! Pierwszy rusza Heinrich, za nim Hans. Początek to bardzo ciekawa wspinaczka. Szybko robi nam się ciepło i ściągamy kurtki.

Heinrich u początku ferraty Trincee. Dość trudny fragment z pionowymi i przewieszonymi odcinkami.
Wkrótce osiągamy wiszący most, którego widok motywował nas do marszu już od dłuższej chwili. Parę minut podziwiamy to cudo architektury i ruszamy dalej. Po jakimś czasie jesteśmy w najwyższym punkcie tego dnia - na szczycie La Mesola (2727m). Po drodze mijamy bardzo sympatyczną Włoszkę z Rzymu (wiek na oko 70+, nienaganna angielszczyzna!), która sprawdza, czy ten szlak nadaje się do pokazania kilkunastuletniemu wnukowi. Wyrażamy szacunek.

Hans na wiszącym moście na trasie ferraty Trincee.
Po zakończeniu właściwej ferraty kontynuujemy wędrówkę granią na zachód szlakiem zwanym "Sentiero attrezzato Crenes de Padon" (ma się te fantazję w nazywaniu dróg, no nie?). Po drodze sporo atrakcji w postaci ruin stanowisk artylerii z I wojny światowej i tuneli (z czego jeden całkiem długi), które obecnie niestety wielu turystów używa jako latryn. W końcu docieramy do biwaku Bontandini (2552m), który nie jest typową czerwoną kapsuła, lecz ładnym domkiem z kamienia na zewnątrz i drewna wewnątrz (z uroczym poddaszem).

 Biwak Bontandini (2552m) z zewnątrz. 
  Aż szkoda, że nie potrzebujemy tu nocować (biwak jest pusty).

Wnętrze biwaku Bontandini: okiennica oraz schody na poddasze.
Z biwaku ruszamy już w dół do przełęczy Passo Padon, na której byliśmy już rano, a stamtąd po własnych śladach do auta, gdzie czeka na nas Dietrich.

Czołg radziecki z XII w, niedaleko przełęczy Passo Padon.
Przy samochodzie robimy mały postój na uzupełnienie płynów (jak długo można iść o samej wodzie), po czym pakujemy się i ruszamy na południe grupy Sela do miejscowości Frassene, by nazajutrz powalczyć z jedną z najtrudniejszych ferrat Dolomitów - Constantini - wiodącą na Monte Agner (2872m). Udaje się nawet zaparkować tuż przed wejściem do lasu. Rozbijamy obóz, pichcimy obiad i w dobrych nastrojach kładziemy się spać.