wtorek, 9 października 2012

Relacja - dzień VI

Szósty to (jak się później miało okazać) ostatni dzień naszych dolomickich wędrówek. Pozostając w rejonie Marmolady, przemierzyliśmy leżący ciut na północ od niej Grzbiet Padon z dość trudną ferratą Trincee.

Grzbiet Padon widziany z południa. Wygląda beztrosko, trochę jakby wzięty z Bieszczad, ale skałki widoczne na dalszym planie mają ponad 2700m.

Ulewny poranek

Po obudzeniu nie byliśmy zachwyceni pogodą. Śniadanie zdążyliśmy jeszcze zjeść bez opadów, ale namioty trzeba już było zwijać w pośpiechu, bo zaczynało padać. Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy przed siebie. Lało całkiem solidnie, więc nie uśmiechało nam się ruszać w skały. Zdecygowaliśmy się więc na szopping w pobliskim Canazei. I to był strzał w dzisiątkę, bo w czasie gdy my buszowaliśmy w makaronach (dacie wiarę, że ci Włosi mają go nawet w kształcie fallicznym?) i piwie (na szczęście tylko w tradycyjnym kształcie), trochę się wypogodziło. Wróciliśmy do przełęczy Fedaia (2057m), zostawiliśmy auto i ruszyliśmy szlakiem 699 w stronę przełęczy Passo Padon (2370m).

Od lewej: Jurgen, Helmut i Heinrich na przełęczy Passo Padon. W tle chyba Fanis i Tofany. 
Nie zatrzymując się w schronisku tuż koło przełęczy, ruszyliśmy na zachód w stronę przełęczy Porta Vescovo (2516m). Ponieważ znów zaczynało padać, postanowiliśmy nie iść grzbietem (tj. ferratą), lecz równoległą do niej scieżką Viel del Pan, wiodącą trochę poniżej grani po południowej jej stronie.

Widok na masyw Marmolady z ścieżki Viel del Pan.
Drepczemy, mając po lewej stronie widok na zatopioną w chmurach Marmoladę. Nagle za zakrętem, dokładnie na naszej ścieżce, niemal wpadamy w małe stadko owiec, które zupelnie się nami nie przejmując, hasają w najlepsze. Niestety nie zrobiliśmy im zdjęć, bo naprawdę solidnie padało.

Przed samym Porto Vescovo trochę gubimy szlak. Wprawdzie widzimy kilkaset metrów przed sobą (w lini prostej) górną stację kolejki z Arabba, nijak nie wiemy, którędy tam dojść. O pomoc prosimy starszego Niemca, który od jakiegoś czas drepcze kawałek za nami. Ten, po zerknięciu w swoją supernowoczesną elektronikę, wskazuje nam kierunek dalszego marszu - jak się po chwili okazuje - błędny (sabotażysta jeden!). Tym niemniej po kwadransie osiągamy stację-schronisko. Spożywamy tam kanapki z pasztetem i czekoladą, a w międzyczasię się rozpogadza i wychodzi słońce. 

Ferrata delle Trincee

Wprawdzie mamy obawy co do wilgotności skał (w końcu cały ranek lało), ale wyruszamy do początku ferraty. Po drodze odłącza się Dietrich, który nadal nie czuje się w pełni sił i schodzi do jeziora Fedaia, by je obejść od południa i poczekać na nas w aucie.

Tymczasem nas na początku ferraty czeka miła niespodzianka - w godzinę po ustaniu opadów słońce zdażyło już zupełnie  wysuszyć skały. No to uprzęże włóż, lonże wepnij i hop! Pierwszy rusza Heinrich, za nim Hans. Początek to bardzo ciekawa wspinaczka. Szybko robi nam się ciepło i ściągamy kurtki.

Heinrich u początku ferraty Trincee. Dość trudny fragment z pionowymi i przewieszonymi odcinkami.
Wkrótce osiągamy wiszący most, którego widok motywował nas do marszu już od dłuższej chwili. Parę minut podziwiamy to cudo architektury i ruszamy dalej. Po jakimś czasie jesteśmy w najwyższym punkcie tego dnia - na szczycie La Mesola (2727m). Po drodze mijamy bardzo sympatyczną Włoszkę z Rzymu (wiek na oko 70+, nienaganna angielszczyzna!), która sprawdza, czy ten szlak nadaje się do pokazania kilkunastuletniemu wnukowi. Wyrażamy szacunek.

Hans na wiszącym moście na trasie ferraty Trincee.
Po zakończeniu właściwej ferraty kontynuujemy wędrówkę granią na zachód szlakiem zwanym "Sentiero attrezzato Crenes de Padon" (ma się te fantazję w nazywaniu dróg, no nie?). Po drodze sporo atrakcji w postaci ruin stanowisk artylerii z I wojny światowej i tuneli (z czego jeden całkiem długi), które obecnie niestety wielu turystów używa jako latryn. W końcu docieramy do biwaku Bontandini (2552m), który nie jest typową czerwoną kapsuła, lecz ładnym domkiem z kamienia na zewnątrz i drewna wewnątrz (z uroczym poddaszem).

 Biwak Bontandini (2552m) z zewnątrz. 
  Aż szkoda, że nie potrzebujemy tu nocować (biwak jest pusty).

Wnętrze biwaku Bontandini: okiennica oraz schody na poddasze.
Z biwaku ruszamy już w dół do przełęczy Passo Padon, na której byliśmy już rano, a stamtąd po własnych śladach do auta, gdzie czeka na nas Dietrich.

Czołg radziecki z XII w, niedaleko przełęczy Passo Padon.
Przy samochodzie robimy mały postój na uzupełnienie płynów (jak długo można iść o samej wodzie), po czym pakujemy się i ruszamy na południe grupy Sela do miejscowości Frassene, by nazajutrz powalczyć z jedną z najtrudniejszych ferrat Dolomitów - Constantini - wiodącą na Monte Agner (2872m). Udaje się nawet zaparkować tuż przed wejściem do lasu. Rozbijamy obóz, pichcimy obiad i w dobrych nastrojach kładziemy się spać.

wtorek, 4 września 2012

Relacja - dzień V

Piątego dnia wdrapaliśmy się na najwyższy szczyt Dolomitów - Punta Penia (3343m) w masywie Marmolady. Chociaż była to raczej łatwa droga, dostarczyla sporo emocji i satysfakcji.

Mieliśmy wyruszyć wcześnie...

...a wyszło jak zwykle. Zaczęło się nieźle - pobudka koło 7.00, szybkie grzanie wody, by łyknąć coś ciepłego, śniadanie. Apetyty dopisywały tak, że zjedliśmy prawie całe posiadane pieczywo. A że bez tego iść niepodobna, wysłaliśmy samochodem Hansa z Dietrichem na szoping. Pan w sklepiku przy dolnej stacji kolejki wskazał, że najbliższy sklep z pieczywem jest w Canazei, mieścinie oddalonej o ok. 15. km na zachód. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz. Pojechaliśmy i znaleźliśmy całkiem zdrowy supermarket - najtańsze było pieczywo tostowe (ok 1,15 euro za bochenek) - jak się później okazało - bardzo smaczne. 

"Trzy termosy, kubek i kawałek butelki na tle Marmolady" - martwa natura, obraz pędzla nieznanego autora.
 Zanim wrociliśmy do obozu, zrobiła sie już 9.40. Z tego względu postanowiliśmy podjechać pierwszy etap podejścia kolejką (5 euro). Podreptaliśmy do niej i stanęliśmy w kolejce. Okazało sie, że wystąpiła awaria, która powinna zostać pokonana "wkrótce". Stoimy, stoimy, stoimy. I nic. W końcu Dietrich stwierdza, że on ruszy pieszo do górnej stacji kolejki, bo ze względu na kolano i tak nie planuje ataku szczytowego. Po dziesięciu minutach od jego wyjścia obsługa wywiesza kartkę, że kolejna ruszy nie wcześniej niż za godzinę. zrezygnowany tłum spod kas rusza w ślady Dietricha. Jesteśmy bardzo zniechęceni, bo dochodzi już 11.00 a droga jest daleka. Niechętnie ruszamy w drogę. Nie uszliśmy 300m, gdy wtem zauważymy, że kolejka jest w ruchu. Zdezorientowani cofamy się do stacji. Kartka zniknęła, okazuje się, że kolejna już czynna. Chcieli nas przechytrzyć! Ale nie z nami te numery, obsługo kolejki.

Jezioro di Fedaia (2053m) oraz grzbiet Padon widziane z podejścia do schroniska Pian dei Fiacconi (2626m).
Ponieważ cała kolejka rozeszła się po wywieszeniu kartki bez czekania (i czekana, bo nie mamy) ładujemy się do dwuosobowych koszy kolejki i ruszamy do góry. Po chwili przejeżdzamy nad maszerująym Dietrichem, a po kolejnej chwili wysiadamy przy schronisku Pian dei Fiacconi (2626m).

Masyw Marmolady w chmurach. Po prawej stronie koniec jęzora lodowca (wiedzie nim alternatywna do naszej trasa na szczyt). Na pierwszym planie górna stacja kolejki - schronisko Pian dei Fiacconi.

Podejście granią zachodnią (ferrata Marmolada)

Po krótkim posiłku opuszczamy Pian dei Fiacconi. Widzimy, że zdecydowana większość tyrustów rusza stamtąd wprost na południe - lodowcem. My jednak nie mamy na to ani umiejętności, ani sprzętu, więc kierujemy się na zachód szlakiem nr 606.

Mały wodospad niedaleko przełęczy Marmolada.
Droga prowadzi początkowo w dół, podejście zaczyna się dopiero po skręcie na południe. Idzie się bardzo przyjemnie, nie jest stromo, a orientację ułatwiają usypane z kamieni kopczyki. Po pewnym czasie docieramy do obrzeży lodowca. Zatrzymujemy się, by ubrać stuptuty (notabene był to jedyny dzień, kiedy okazały się potrzebne). Obok nas przebiera się inna grupa Polaków, którzy ubierają ponadto raki - naszym zdaniem niepotrzebnie. Jest bardzo ciepło, śnieg jest grząski i właściwie wcale nie jest ślisko. Toteż wkrótce pozostawiamy tamtą grupę ładny kawałek za sobą.

Heinrich, Hans i Helmut podchodzą brzegiem lodowca pod przełęcz Marmolada.
Po kilkuset metrach lodowiec się kończy. Ostatnie metry do przełęczy Marmolada (2896m) wiodą po stromej skale i są ubezpieczone różnej maści żelastwem. Z niej ruszamy granią na wschód w kierunku szczytu Punta Penia. Odcinek ten nazywany jest na mapach "Ferrata Marmolada". Owszem, niemal pod sam szczyt poprowadzona jest lina stalowa, jednak wędrówka mało ma wspólnego ze wspinaczką po skale; większość drogi składa się z żelaznych stopni, prętów i drabin.

Helmut na ferracie Marmolada.
Zabezpieczenia kończą się na wysokości ok. 3200m, gdzie grań wypłaszcza się. Dalsza droga prowadzi już po śniegu.

Helmut ssie. W tle ostatnie 150m podejścia na szczyt Punta Penia.

Kanapki na szczycie

Po chwili docieramy na szczyt. Chyba z racji poźnej pory (14.45) jesteśmy tam prawie sami. Pogoda nam sprzyja - jest bardzo dobra widoczność. Pod  krzyżem stojącym na szczycie przyrządzamy kanapki.

Drużyna pierścienia na szczycie Punta Penia (3223m).
Po dwudziestu minutach zaczyna nam byś trochę zimno. Zaczynamy schodzić tą samą drogą. Dość szybko zbierają się chmury, wróżące burzę. Przyspieszamy kroku, wiedząc, że mamy do pokonania znaczny odcinek po żelastwie na pionowych ścianach. Na nieszczęscie Hansowi wypada z ręki jeden kij i spada kilkanaście metrów w dół piarzystego zbocza. Niezbyt rozsądne zejście po niego spowalnia zatrzymuje grupę na dobre dziesięć minut.

Widok ze szczytu Punta Penia na północ. Na pierwszym planie w dole grzbiet Padon, na drugim grupa Sella.
Perspektywa doświadczenia burzy w czasie schodzenie metalowymi stopniami na wysokości 3000m daje nam niesamowitego kopa. Do przełęczy Marmolada docieramy w około godzinę. Wtedy też zaczyna się rozpogadzać. Pokonanie odcinka lodowca jest niesamowitą frajdą - zbiegamy swobodnie w sypkim śniegu po kolana.

Zejście z przełęczy Marmolada na północ.
Niespodziewanie gubimy trochę szlak w miejscu, gdzie powinniśmy odbić na wschód. Marsz piargiem poza wyznaczoną ścieżką jest bardzo irytujący. Wiemy jednak, w którą stronę się kierować i w końcu docieramy do ścieżki prowadzącej w dół do naszego parkingu. Dzwonimy do Dietricha, który już od paru godzin tam na nas czeka, by po mału organizował nasz sprzęt kuchenny - niebawem obiad.

środa, 29 sierpnia 2012

Relacja - dzień IV

 Czwarty dzień wyprawy to zdobycie Tofany di Rozes (3225m) genialną ferratą Lipella. Wieczorem przemieściliśmy się w okolice masywu Marmolady, by kolejnego dnia z samego rana przypuścić szturm na najwyższy szczyt Dolomitów.

Twarde negocjacje, czyli wybór marszruty

Rano trwały dość gorące rozmowy na temat trasy na ten dzień. Ważnym czynnikiem była pogoda. Po nocnej burzy znacząco się ochłodziło, było trochę mokro i pochmurnie. W każdej chwili mogło znów zacząć padać. Jurgen argumentował, że w takich warunkach nie sposób iść ferratą i proponował, by wejść na Tofanę di Rozes drogą normalną. Helmut bardzo chciał iść ferratą, ale nie w przypadku, gdy skała będzie mokra. Heinrich i Hans byli skłonni spróbować ferraty nawet w trudnych warunkach, a w razie załamania pogody jedynie przetrawersować górę. Dietrich tego dnia postanowił zregenerować obolałe kolano. Ostatecznie postanowiliśmy podejść całą czwórką pod ferratę i tam ocenić panujące warunki.

Korek na początkowym odcinku ferraty Lipella. Na pierwszym planie zniesmaczony Heinrich.

Galleria del Castaletto

 Mądrzejsi o wiedzę z dnia poprzedniego zwinęliśmy obóz i podjechaliśmy autem pod schronisko Dibona (2037m). W nim uzupełniliśmy zapasy wody i ruszyliśmy w stronę jaskini Grotta di Tofana. Niestety pomimo drogowskazu nie znaleźliśmy jej. Niezrażeni tym faktem ruszyliśmy na zachód szlakiem nr 404 i po ok. pół godziny skręciliśmy na północ, gdzie po chwili zatrzymaliśmy się przy drabinie będącej początkiem Gallerii del Castaletto - kilkusetmetrowego tunelu wydrążonego w skale przez Włochów w czasie I Wojny Światowej.

Widok na dolinę Travenanzes z końca tunelu Castaletto.
Przy drabince ubieramy uprzęże z lonżami oraz, co ważniejsze - kaski  czołówkami. Jurgen, nie planując przejścia ferraty, nie wziął sprzętu, ale postanowił przejść jeszcze przez sam tunel. A bylo warto, bo ten był jednym z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w Dolomitach. Bardzo długi, mroczny, tworzący niesamowitą atmosferę - także przez to, że trzeba go było z racji niewielkiej wysokości pokonywać w przygarbionej pozycji. W końcówce tunelu spotkaliśmy inna grupę Polaków. W tym miejscu zaczynała się właściwa ferrata, więc Jurgen postanowił wracać. Nie chcąc zostawić go samemu, Helmut również zawrócił.

Widok na Tofanę di Mezzo z Tofany di Rozes.

Via ferrata Lipella

Ostatecznie na podbój tej drogi żelaznej ruszyli tylko Heinrich i Hans. Pogoda sprzyjała: skała zdążyła wyschnąć po nocnych opadach, było ciepło, ale nie gorąco. Wspinaczka przebiegała bardzo sprawnie. Pewnym zwolnieniem była bardzo liczna (40 osób?) zorganizowana grupa turystów, która niewyobrażalnie wprost wolno przepinała się do lin na odcinkach, które właściwie tego nie wymagały. Na szczęście na widok dwóch zarośniętych facetów używających słowiańskiego języka i pokonujących trasę bez asekuracji chętnie odsuwali się i ustępowali drogi.

Turyści rożnych narodów na szczycie Tofany di Rozes (3225m). Średnia wieku 40+.
Bardzo szybko dotarliśmy do pierwszego odejścia drogą normalną w stronę schroniska Giussani. Od tego miejsca rozpoczynał się najtrudniejszy odcinek ferraty, bardzo siłowy, bo często pionowy i z marnym oparciem dla stóp. Jednocześnie wyjątkowo piekny odcinek, bo poprowadzony po obszernej ścianie, która opada nisko ku dolinie Travenanzes.

Hans na szczycie Tofany di Rozes.
Dwieście mestrów przed szczytem kończy się ferrata. Szczyt jest przed nami dobrze widoczny, docieramy do niego po piargu w około 30 min. Mamy szczęście, bo szczyt nie leży akurat w chmurach i możemy z niego podziwiać śliczną panoramę, m.in. na sąsiednie Tofany di Mezzo i di Dentro.

Heinrich na szczycie Tofany di Rozes.
Schodzimy drogą normalną w kierunku schroniska Giussani (2580m), trzymając się grupy Niemców, bowiem szlak na piargu jest wyjątkowo słabo oznaczony. Dodatkowo jest bardzo nieprzyjemny: momentami śliski, innym razem bardzo stromy, czasem prowadzi przez połacie śniegu. Ze schroniska Giussani niemal zbiegamy już do schroniska Dibona, gdzie czeka reszta zespołu. Trasa naszego zejścia zobrazowana jest tutaj: http://tabaccomapp-community.it/percorso/1003.

Jurgen podgrzewa na kartuszu bigos przy schronisku Dibona.
A trzeba nadmienić, że reszta nie próżnowala pod nieobecność Hansa i Heinricha. Jurgen i Helmut, wróciwszy szybko ze szlaku, postanowili posilić się bigosem.

Kierunek Marmolada

Lago di Fedaia widoczne z naszego biwaku u pondóży Marmolady.
Późnym popołudniem pojechaliśmy już w kolejny rejon naszej wędrówki - masyw Marmolady. Wygodny parking znaleźliśmy w okolicach jeziora Fedaia, tuż przy wejściu na szlak na Punta Penia wiodący pod kolejką gondolową.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Relacja - dzień III

Trzeciego dnia opuściliśmy grupę Sesto i dotarliśmy do grupy Tofan. Początkowo planowaliśmy dwudniową trasę przez Tofanę di Mezzo oraz Toranę di Dentro ze spaniem w biwaku Baracca degli Alpini, ale skończyło się znacznie skromniej - tylko na Punta Anna.


Z Sesto na Tofany

Pomimo wyczerpującego dnia poprzedniego wstaliśmy całkiem szybko, około 7.00 - trzeba było bowiem uwinąć się ze zwinięciem namiotów zanim stalibyśmy się nową atrakcją turystyczną. Po śniadaniu zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy, mając tylko jedno w głowie - znaleźć miejsce do kąpieli (upał nadal się utrzymywał). Do pokonania było ponad 80km, co po krętych i stromych drogach oznaczało 2h jazdy. Staraliśmy się omijać drogi o nachyleniu większym niż 16%. Gdzieś między Calalzo di Cadore a Cortiną natrafiliśmy na bystry strumień z dogodnym dojściem od strony drogi. Woda była rześka, ale pół godziny później byliśmy wykąpani, a bielizna wesoło suszyła się na wszystkich szybach auta.

Hans kończy poranną toaletę.
Minąwszy Cortinę mieliśmy nieoczekiwanie pewne problemy ze znalezieniem parkingu u początku szlaku nr 414, opisywanego przez Tkaczyka jako "widoczny z daleka". Gdy w końcu się udało, byliśmy już solidnie głodni, więc na szlak ruszyliśmy dopiero po drugim śniadaniu. A było już po 13.00.

Podejście ze schroniska Pomedes pod ferratę Olivieri.

Pierwsze kroki w Tofanach

Z parkingu po przejściu kilkuset metrów drogą w stronę Cortiny weszliśmy na szlak nr 442. Po 350m podejścia leśną dróżką doszliśmy do schroniska Dibona (2083m). Jak się później okazało, można było do niego śmiało podjechać autem inną drogą, co pozwoliłoby być może na zdobycie Tofany di Mezzo. Następnym razem będziemy mądrzejsi.

Hans na ferracie Olivieri. W tle schronisko Pomedes. W tle tła Cortina d'Ampezzo.

Niemal bez postoju ruszyliśmy dalej i po około 30min osiągnęliśmy kolejne schronisko - Pomedes (2340m). Tam zjedliśmy mało co nieco i ubraliśmy sprzęt, bo do ferraty zostało już tylko parę kroków.

Oryginalna formacja skalna mijana na trasie ferraty Olivieri.

Via ferrata Giuseppe Olivieri

Początek ferraty zgodnie z oczekiawniami nie jest trudny, szybko nabieramy wysokości i podziwiamy widoki.

Hans na ferracie Olivieri. W dole schronisko Dibona.
Wkrótce zaczynamy pokonywać pionowe a miejscami nawet przewieszone fragmenty. Wymaga to dużo pracy rąk i odporności na kilkaset metrów powietrza pod stopami. Nawet Heinrich, który zwykł już biegać bez asekuraji, wpina się w prawie każdy fragment liny.

Widok na Tofanę di Rozes z ferraty Olivieri.

Wreszcie osiągmy wierzchołek Punta Anna (2731m). Apetyty są na więcej, pogoda dopisuje, ale godzina 18.00 nie zachęca do dalszej wędrówki w górę. Po posileniu batonami decydujemy się na zejście zachodnim zboczem w stronę schroniska Giussani.

Dietrich na tle piarżyska, którym zbiegliśmy z Punta Anna.
W trakcie zejścia mamy pewne problemy z trzymaniem się szlaku. Mając wątpliwości co do jego realnego przebiegu postanawiamy zbiec długim piargiem w prostej linii w kierunku widocznej z góry ścieżki. Ostre kamienie to marna przyjemność dla naszych butów, ale bieg okazuje się być niezłą frajdą - przypomina trochę zbieganie w głębokim śniegu. Zbieganie kończymy znacznie poniżej schroniska Giussani na rozejściu szlaków w kierunku Grotta di Tofana oraz schroniska Dibona. Po wyciągnięciu kamyków z butów maszerujemy w kierunku tego ostatniego, które widzimy już w oddali.

Dietrich na tle masywu jakiegośtam.
Dietrichowi odnawia się kontuzja kolana, co opóźnia jego marsz. Razem z nim z tyłu zostaje Hans. Pozostała trójka żwawym krokiem rusza do obozowiska. Po godzinie zaczyna padać. Hans z Dietrichem dopiero zbliżają się do schroniska Dibona, podczas gdy reszta jest już blisko parkingu. Z kolanem Dietricha jest bardzo słabo, dlatego prosimy Helmuta, by podjechał pod schronisko i zabrał nas na dół.

Po obiadokolacji robimy mała wyprawę do Cortiny po paliwo i do bankomatu. Rozświetlone miasteczko wygląda nocą bajkowo, szczególnie oglądane z oddali na tle gór. Gdy wracamy, rozpętuje się burza. Postanawiamy rozbić tylko jeden namiot, Helmut i Dietrich śpią tej nocy w aucie.

piątek, 24 sierpnia 2012

Relacja - dzień II


Drugiego dnia dokończyliśmy (choć sięgając granicy wytrzymałości) trawers (pętlę) wokół masywu Monte Popera (wizualizacja tej trasy: http://tabaccomapp-community.it/percorso/614). Samego marszu (nie licząc przwyższeń) było ponad 20km. Trasa przebiegała głównie na wysokości pomiędzy 2400m a a 2600m. Poniżej szczegółowy opis.

Widok na przełęcz Piccola di Stalata

Pobudka

Wygodne prycze w biwaku oraz trudy dnia poprzedniego obróciły wniwecz plany o wczesnym wyjściu na szlak. Dopiero koło 8.00 pierwsi z nas wychynęli na zewnątrz. Było warto. O ile wieczorem widok na dolinę Stalata robił duże wrażenie, o tyle teraz wręcz niszczył domki w górach - ze względu na rozległe chmury zalegające na wysokości ok. 2000m.

Dolina Stalata przesłonięta chmurami.
Spożyliśmy niespiesznie śniadanie, wpisaliśmy się do pamiątkowego zeszytu (było w nim bardzo dużo wpisów Polaków) i około 9.30 ruszyliśmy w drogę. Mimo wczesnej pory było już bardzo gorąco.

Via ferrata Cengia Gabriella

Dosłownie dziesięć minut od biwaku Cadore znajduje się jedno z dwóch możliwych wejść na ferratę Gabriella. Składa się ono z ciągu kilku drabin przytwierdzonych do niemal pionowej ściany, mających łącznie ponad 100 szczebli. Wbrew pozorom pokonanie ich jest raczej nużące niż atrakcyjne.

Hans na ponadstustopniowej drabinie u początku ferraty Cengia Gabriella.
Dzięki drabinom dość szybko nabraliśmy wysokości. Wkrótce biwak Cadore stał się już tylko ledwo widocznym punktem w dole za nami.

Widok na biwak Cadore z ferraty Gabriella.
Ferratę Gabriella oceniamy jako raczej łatwą i przyjemną. Droga jest dość urozmaicona, widoki również przyjemne. Około godziny 13.30 docieramy do schroniska Carducci (2297m). Korzystając z wygody ławek, smarujemy się wszyscy kremem z filtrem, gdyż słońce grzeje niemiłosiernie.

Widok na dolinę Stalata z ferraty Gabriella.

W drodze na przełęcz Sentinella

Ze schroniska Carducci po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Według Tkaczyka do schroniska Berti mamy tylko 5h, ale podchodzimy do tego czasu z dużym dystansem, tym bardziej że w Carducci tę drogę szacują na seven hours. A dochodzi pomału godzina 15.00.


Helmut i Hans na ferracie Gabriella.
 Po niecalych 30min od schroniska docieramy na przełęcz Giralba (2431m) oraz malutkiego jeziorka Ghiacciato. Po drodze mijamy Włoszkę, która spaceruje z dwoma owczarkami. Pozdrawiamy serdecznie i bez zbędnego postoju ruszamy dalej ku ferracie Strada Alpini.

Fragment masywu Monte Popera. Po lewej trasa ferraty.

Odcinek do przełęczy Undici jest bardzo długi (10km) ale i łatwy. Miejscami towarzyszy nam lina stalowa, jednak rzadko widzimy konieczność wpinania się do niej. Po drodze często napotykamy strumienie. Niestety zaczyna kończyć nam się jedzenie. Nie doceniliśmy naszych potrzeb, gdy dzień wcześniej pakowaliśmy prowiant na dwa dni. Dodatkowo słońce coraz mocniej daje się we znaki. Widoki cały czas oszałamiające. Wędrujemy, mając w dole po lewej stronie doliną Fiscalina.

Fragment ferraty Strada Alpina.
Koleją (choć niedługą) przerwę robimy na przełęczy Undici (2610m). Przed nami ostatni tego dnia odcinek wspinaczkowy. Robi się stromo, znów trzeba wpinać się do liny. Miejscami w zagłębieniach zalega jeszcze śnieg, a wypływająca spod niego woda czyni skały śliskimi. Po niecałej godzinie osiągamy najwyższy punkt dwudniowej wędrowki - przełęcz Sentinella (2717m). Jesteśmy już wszyscy solidnie głodni. Znajdujemy w pobliżu małą jaskinię i gotujemy na kartuszu dwie zupki chińskie. Na pięciu to marna strawa, ale parę łyków ciepłego napoju dobrze nam robi. Przystępujemy do zejścia doliną Popera w stronę schroniska Berti.

Strome piarżyste zejście z ferraty Gabriella.
 Okazuje się, że Dietrich jest już mocno wyczerpany i idzie bardzo powoli. Razem z nim z tyłu zostaje Jurgen. Przodem ruszają Heinrich i Hans, a w środku swoim tempem maszeruje Helmut. Droga bardzo się dłuży, początkowo na bardzo długim odcinku przedzieramy się przez piarg. Jest stromo, w pewnym momencie Hans się potyka i ląduje na tyłku. Idziemy, idziemy i cały czas idziemy. Gdy Heinrich i Hans docierają do Berti, zaczyna już zmierzchać. Po chwili dołącza do nich Helmut, który mówi, że z Dietrichem jest bardzo słabo i że będzie musiał zjeść coś w Berti przed zejściem do Lunelli. Heinrich i Hans postanawiają zejść szybciej do Lunelli, aby przygotować obozowisko. Docierają do auta już w zupełnych ciemnościach. Tymczasem do Berti dochodzą Dietrich z Jurgenem. Posilają się spaghetti i po ciemku zaczynają schodzić. Gdy dochodzą do auta, jeden namiot jest już rozbity, a w garnku gotuje się woda na makaron. Pierwszy we Włoszech obiad smakował nam tego wieczora doskonale.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Relacja - dzień I

Udało się. Z Dolomitów wróciliśmy cali i teraz chcemy podzielić się naszymi wrażeniami.


Dojazd

Wbrew obawom zapakowaliśmy się do auta ze wszystkimi bagażami i to w skończonym czasie. Chwilę po 21.00 czasu lokalnego opuściliśmy Bydgoszcz. Pewnym zmartwieniem był nasz (a raczej nie nasz, bo pożyczony) bagażnik dachowy, który w dodatku został do auta przymocowany za pomocą belek od innego auta i innego bagażnika, za to w fachowy sposób ("ja chyba wiem, jak to się montuje").

Z ziemi polskiej do włoskiej
Kilometry mijały szybko, wygodnie się jedzie w pięciu kierowców. Choć pewnie w czterech jechało by się jeszcze wygodniej. Tym niemniej, w godzinach porannych dnia następnego byliśmy już we Włoszech. Pozostało tylko dostać się w rejon grupy Sesto, gdzie planowaliśmy rozpocząć łażenie. Dolomickie serpentyny zajęły nam trochę więcej czasu niż się spodziewaliśmy, ale około 13.00 zaparkowaliśmy w okolicach schroniska Lunelli (1568m).
Schronisko Lunelli

Na szlak

Przy aucie zapakowaliśmy co trzeba w plecaki i wkrótce ruszyliśmy na szlak. Po około godzinie niezbyt uciążliwej wędrówki osiągnęliśmy schronisko Berti (1950m). Stamtąd jeszcze dobra godzina pod górę do początku ferraty.

Ciekawostka: w Dolomitach szlaki znakowane są wyłącznie czerwonym (względnie pomarańczowym) kolorem. Najcześciej są to nieregularne kropki na skałach, czasem strzałki lub numery szlaków. 


Droga ze schroniska Berti do początku ferraty Roghel

Roghel - pierwsza ferrata

Wreszcie docieramy do początku stalowej liny. Widoki piękne, roślinność cudna, skały fajne, ale to na pierwszą ferratę wszyscy najbardziej czekaliśmy. Pierwsze ubieranie zajęło chwilę. Okazało się, że uwiązanie lonży do uprzęży nie jest aż takie oczywiste, ale jako średnio inteligentnym mężczyznom - udało nam się w końcu. 

Helmut na ferracie Roghel. Hen w dole - schronisko Lunelli.
Początkowo pokonywaliśmy ferratę w elegancki sposób, tj. opierając ręce i nogi jedynie o skały i traktując linę jedynie jako środek asekuracji. Niebawem dotarliśmy jednak do pionowego odcinka, który był w dodatku wilgotny. Biorąc pod uwagę to, że było już dość późno (17.30?) a do biwaku jeszcze dość daleko, postanowiliśmy nie przebierać w środkach i wspinać się także przy użyciu stalówki.

Po dalszej 1,5h wspinaczki docieramy do przełęczy położonej trochę powyżej 2500m, z której rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na Val (czyli dolinę) Stalata.

Widok na dolinę Stalata

Biwak Cadore

Z przełęczy kierujemy się już w dół. Po pewnym czasie kończy się stalowa lina i w oddali ukazuje się biwak Cadore - nasz cel i miejsce noclegowe. W duchu już od kilku godzin modlimy się, by nie okazało się, że przed nami dotrze do niego np. drużyna rosłych Rosjan.

Od tego momentu droga staje się jednak nieprzyjemna. Pierwszy i bynajmniej nie ostatni raz w czasie tego wyjazdu dostajemy w kości (i stawy) od piargu. Skumulowane zmęczenie po kilkunastogodzinnej jeździe autem i kilkugodzinnej wspinaczce bardzo nas spowalnia. W międzyczasie zbaczamy ze szlaku. Biwak niby tak blisko, ale wciąż mamy do niego kawałek. Wreszcie docieramy. Radość wzmaga fakt, że biwak jest pusty - na tę noc będziemy go mieli wyłącznie dla siebie.

Biwak Cadore z bliska
Chwila odpoczynku i przystępujemy do czynności obozowych. Kartusz idzie w ruch, po chwili pierwsze zupki chińskie gotowe. Kolacja, szybka myjka w pobliskim strumieniu, chwila dektowania się widokami i do łóżek. Jutro przed nami długa trasa.

Helmut i Dietrich wewnątrz kapsuły biwakowej