Poniżej relacja z pierwszego dnia wyjazdu na ferraty do Austrii. Niebawem kolejne.
Houston, mamy problem
Tegoroczna wyprawa nie zaczęła się obiecująco. Jeszcze przed osiągnięciem Austrii, gdzieś między Monachium a Salzburgiem auto odmówilo nam posłuszeństwa. Z wydechu poszły kłęby dymu, silnik stracił moc, trzeba była stanąć na pierwszej możliwej zatoczce. Było tuż po 9.00. Na szczęście auto było ubezpieczone i mieliśmy do dyspozycji dowóz lawetą do 150 km w wybranym kierunku. Postanowiliśmy kontynuować podróż w planowanym kierunku, zmieniając jedynie delikatnie cel. Zamiast do Ramsau am Dachstein kazaliśmy się zawieźć do Bischofshofen, które jest lepszym węzłem komunikacyjnym i pozwoli nam na (względnie) dogodny dojazd w okoliczne góry (Hochkonig, Leogang, Dachstein).
Ciekawosta: w Austrii w samochodzie przewożonym lawetą nie wolno siedzieć pasażerom. W związku z tym trzech z naszej piątki kikudziesięciokilometrową trasę z Niemiec do Bishofshofen pokonało taksówką zamówioną przez laweciarza. Na koszt ubezpieczyciela :D
 |
| Nasz Wagen ist kaputt. Na miejsce (prawie) przeznaczenia dotrzemy lawetą i taksówką. |
Bishofshofen - baza wypadowa
Do miasteczka znanego głównie z Turnieju Czterech Skoczni docieramy tuż przed południem. Na miejsce parkingu i biwaku obieramy ścisłe centrum - trawnik niedaleko dworca kolejowego. Wielki plusem jest to, że widać stąd góry.
 |
| Widok na północ z naszego obozowiska w centrum Bishofshofen - (chyba) na Tennengebirge. |
W związku z awarią wiemy, że nasze działania górskie będą utrudnione. Dlatego panuje pełna mobilizacja. Modyfikujemy plany i decydujemy się od razu uderzać na Konigsjodlera. Jeszcze tego dnia chcemy więc wyruszyć w okolice masywu Hochkonig, aby jutro z samego rana przejść te ferratę.
Gotujemy obiad, pakujemy cały niezbędny na 2-3 dni sprzęt i krótko po 15.00 ruszamy busem w stronę Dientner Sattel.
Tagahube i ferrata Grandlspitz
Około 16-stej zaczynamy krótkie podejście do schroniska Erichhutte (1545m), w pobliżu którego planujemy poszukać miejsca na rozbicie namiotów bądź nocleg pod chmurką.
 |
| Widok ze schroniska Erichhutte na Taghaube (2159m). |
Okazuje się, że z ustronnym miejscem na namiot będzie problem, bo wyszliśmy powyżej lasu i w okolicy są już tylko łąki i kosodrzewina, tj. miejsca doskonale widoczne ze schroniska, co nam, ceniącym prywatność polskim turystom, nie jest na rękę ;). Odkładamy jednak ten problem na później, bo pozostało jeszcze kilka godzin dnia - w sam raz na krótką wędrówkę i pierwszą tego roku ferratę - Grandlspitz.
 |
| Widok na masyw z ferratą Grandlspitz (2307m). |
Na łące pozostawiamy Helmuta (który chce być wypoczęty nazajutrz) oraz większość bagaży, po czym kierujemy się w górę szlakiem nr 437. Jest już dobrze po 17.00.
 |
| Jurgen na drabince przy łatwym podejściu na Taghaube. |
Po drodze na ferratę chcemy jeszcze zdobyć szczyt Taghaube. Szlak nie jest wymagający, ale pozwala cieszyć się pięknem alpejskich widoków.
 |
| Piękno alpejskich widoków. W tle grań, którą jutro przejdziemy ferratą Konigsjodler. |
Około 18.30 osiągamy szczyt Taghaube (2159m). Ponieważ robi się późno, a my planujemy jeszcze ferratę, zagęszczamy ruchy.
 |
| Drużyna na szczycie Taghaube. |
Aby z Taghaube przedostać się do sąsiedniego masywu z ferratą, trzeba pokonać krótkie (ale dość trudne) ubezpieczone miejsce. Ubieramy więc pierwszy raz uprzęże, wiążemy lonże i ruszamy do przodu (a raczej w dół).
 |
| Heinrich na pierwszym ubezpieczonym odcinku tego wyjazdu. |
Po chwili docieramy na malowniczą przełęcz, do której prowadzi szlak z doliny omijający Taghaube. Będziemy nim później schodzić, ale mamy jeszcze ferratę do rozwalenia.
 |
| Malownicza przełęcz między Taghaube a Grandlspitz. |
Żwawym krokiem ruszamy w trójkę (Klaus pozostaje w okolicy przełęczy, by robić zdjęcia) w stronę początku ferraty.
 |
| Szlak z doliny schroniska Erichhutte na przełęcz przed ferratą. |
Planowana ferrata jest trasą okrężną. Hans, nie doczytawszy tego w przewodniku, myślał, że kierunek jej przejścia nie ma znaczenia. Pomyłka wyszła na jaw, gdy doszliśmy na szczyt Grandlspitz, pokonując jedynie kilka odcinków ubezpieczonych liną, i to raczej bardzo prostych (a ferrata miała mieć trudność C-D, tj. trudna-b.trudna). Topo tej ściany można obejrzeć
tutaj.
 |
| Na szczycie Grandlspitz (2307m). Przed nami zejście pionową ścianą. |
Na szczycie dostrzegamy początek stalowej liny, która znika w przepaści, prowadząc pionową (a w pierwszym odcinku nawet lekko przewieszoną) ścianą w dół. A więc to jest właściwa ferrata. Plujemy sobie w brody, bo wspinaczką nią byłaby wielką frajdą. A zejście... jest wyzwaniem, ale nie takim, jakie tygryski lubią najbardziej.
 |
| Hans, Heinrich i Jurgen na ścianie Grandlspitz podczas zejścia. |
U dołu ściany jesteśmy jednak szczęśliwi z przejścia pierwszej ferraty. O zachodzie słońca ruszamy w dół do Helmuta, by rozbić namioty.
 |
| Zachód w czasie zejścia. |
Zejście kończymy dobrze po 21.00, już przy świetle czołówek. Udaje nam się znaleźć w miarę wygodne miejsce na rozbicie namiotów. Zmęczeni po nocnej podróży samochodem, zamieszaniem z jego awarią i pierwszej wędrówce szybko kładziemy się spać.
Zaśnięcie trochę utrudniają krowy z głośnymi dzwonkami u szyi, z którymi przyszło nam współdzielić łąkę.
 |
| Nasz namiot na tle doliny. |