środa, 18 września 2013

Austria 2013 - relacja dzień I

Poniżej relacja z pierwszego dnia wyjazdu na ferraty do Austrii. Niebawem kolejne.

Houston, mamy problem

Tegoroczna wyprawa nie zaczęła się obiecująco. Jeszcze przed osiągnięciem Austrii, gdzieś między Monachium a Salzburgiem auto odmówilo nam posłuszeństwa. Z wydechu poszły kłęby dymu, silnik stracił moc, trzeba była stanąć na pierwszej możliwej zatoczce. Było tuż po 9.00. Na szczęście auto było ubezpieczone i mieliśmy do dyspozycji dowóz lawetą do 150 km w wybranym kierunku. Postanowiliśmy kontynuować podróż w planowanym kierunku, zmieniając jedynie delikatnie cel. Zamiast do Ramsau am Dachstein kazaliśmy się zawieźć do Bischofshofen, które jest lepszym węzłem komunikacyjnym i pozwoli nam na (względnie) dogodny dojazd w okoliczne góry (Hochkonig, Leogang, Dachstein). 

Ciekawosta: w Austrii w samochodzie przewożonym lawetą nie wolno siedzieć pasażerom. W związku z tym trzech z naszej piątki kikudziesięciokilometrową trasę z Niemiec do Bishofshofen pokonało taksówką zamówioną przez laweciarza. Na koszt ubezpieczyciela :D

Nasz Wagen ist kaputt. Na miejsce (prawie) przeznaczenia dotrzemy lawetą i taksówką.

Bishofshofen - baza wypadowa

Do miasteczka znanego głównie z Turnieju Czterech Skoczni docieramy tuż przed południem. Na miejsce parkingu i biwaku obieramy ścisłe centrum - trawnik niedaleko dworca kolejowego. Wielki plusem jest to, że widać stąd góry.

Widok na północ z naszego obozowiska w centrum Bishofshofen - (chyba) na Tennengebirge.
W związku z awarią wiemy, że nasze działania górskie będą utrudnione. Dlatego panuje pełna mobilizacja. Modyfikujemy plany i decydujemy się od razu uderzać na Konigsjodlera. Jeszcze tego dnia chcemy więc wyruszyć w okolice masywu Hochkonig, aby jutro z samego rana przejść te ferratę.

Gotujemy obiad, pakujemy cały niezbędny na 2-3 dni sprzęt i krótko po 15.00 ruszamy busem w stronę Dientner Sattel.

Tagahube i ferrata Grandlspitz

Około 16-stej zaczynamy krótkie podejście do schroniska Erichhutte (1545m), w pobliżu którego planujemy poszukać miejsca na rozbicie namiotów bądź nocleg pod chmurką.
 Widok ze schroniska Erichhutte na Taghaube (2159m).
Okazuje się, że z ustronnym miejscem na namiot będzie problem, bo wyszliśmy powyżej lasu i w okolicy są już tylko łąki i kosodrzewina, tj. miejsca doskonale widoczne ze schroniska, co nam, ceniącym prywatność polskim turystom, nie jest na rękę ;). Odkładamy jednak ten problem na później, bo pozostało jeszcze kilka godzin dnia - w sam raz na krótką wędrówkę i pierwszą tego roku ferratę - Grandlspitz.

Widok na masyw z ferratą Grandlspitz (2307m).
Na łące pozostawiamy Helmuta (który chce być wypoczęty nazajutrz) oraz większość bagaży, po czym kierujemy się w górę szlakiem nr 437. Jest już dobrze po 17.00.

Jurgen na drabince przy łatwym podejściu na Taghaube.
Po drodze na ferratę chcemy jeszcze zdobyć szczyt Taghaube. Szlak nie jest wymagający, ale pozwala cieszyć się pięknem alpejskich widoków.

Piękno alpejskich widoków. W tle grań, którą jutro przejdziemy ferratą Konigsjodler.
Około 18.30 osiągamy szczyt Taghaube (2159m). Ponieważ robi się późno, a my planujemy jeszcze ferratę, zagęszczamy ruchy.

Drużyna na szczycie Taghaube.
Aby z Taghaube przedostać się do sąsiedniego masywu z ferratą, trzeba pokonać krótkie (ale dość trudne) ubezpieczone miejsce. Ubieramy więc pierwszy raz uprzęże, wiążemy lonże i ruszamy do przodu (a raczej w dół).

Heinrich na pierwszym ubezpieczonym odcinku tego wyjazdu.
Po chwili docieramy na malowniczą przełęcz, do której prowadzi szlak z doliny omijający Taghaube. Będziemy nim później schodzić, ale mamy jeszcze ferratę do rozwalenia.

Malownicza przełęcz między Taghaube a Grandlspitz.
Żwawym krokiem ruszamy w trójkę (Klaus pozostaje w okolicy przełęczy, by robić zdjęcia) w stronę początku ferraty.

Szlak z doliny schroniska Erichhutte na przełęcz przed ferratą.
Planowana ferrata jest trasą okrężną. Hans, nie doczytawszy tego w przewodniku, myślał, że kierunek jej przejścia nie ma znaczenia. Pomyłka wyszła na jaw, gdy doszliśmy na szczyt Grandlspitz, pokonując jedynie kilka odcinków ubezpieczonych liną, i to raczej bardzo prostych (a ferrata miała mieć trudność C-D, tj. trudna-b.trudna). Topo tej ściany można obejrzeć tutaj.
Na szczycie Grandlspitz (2307m). Przed nami zejście pionową ścianą.
Na szczycie dostrzegamy początek stalowej liny, która znika w przepaści, prowadząc pionową (a w pierwszym odcinku nawet lekko przewieszoną) ścianą w dół. A więc to jest właściwa ferrata. Plujemy sobie w brody, bo wspinaczką nią byłaby wielką frajdą. A zejście... jest wyzwaniem, ale nie takim, jakie tygryski lubią najbardziej. 

Hans, Heinrich i Jurgen na ścianie Grandlspitz podczas zejścia.
U dołu ściany jesteśmy jednak szczęśliwi z przejścia pierwszej ferraty. O zachodzie słońca ruszamy w dół do Helmuta, by rozbić namioty.

Zachód w czasie zejścia.
Zejście kończymy dobrze po 21.00, już przy świetle czołówek. Udaje nam się znaleźć w miarę wygodne miejsce na rozbicie namiotów. Zmęczeni po nocnej podróży samochodem, zamieszaniem z jego awarią i pierwszej wędrówce szybko kładziemy się spać.

Zaśnięcie trochę utrudniają krowy z głośnymi dzwonkami u szyi, z którymi przyszło nam współdzielić łąkę.

Nasz namiot na tle doliny.