niedziela, 1 grudnia 2013

Austria 2013 - relacja dzień III: Leoganger Süd

"Aufsteigen, schnell!" - tymi uroczymi słowy obudził nas jeszcze przed szóstą bardzo energiczny Austriak, na którego (najwidoczniej) polu mieliśmy rozbite namioty. Krzyczał bardzo szybko i po niemiecku, ale zdołałem zrozumieć, że jeśli za 5 minut jeszcze tam będziemy, to wezwie policję. Woleliśmy nie sprawdzać. Rachu ciachu przenieśliśmy tobołki na parking i zaczęliśmy wczesne śniadanie. Na szczęście przy parkingu były zarówno stół i ławy, koryto z bieżąca wodą oraz wychodek - czyli właściwie luksus. Było dość zimno, więc w ruch poszły kartusze.

Drużyna przy przymusowo wczesnym śniadaniu.
Nie byliśmy zgodni co do planu na ten dzień. Byliśmy zgodni, że naszym następnym celem będzie ferrata  Leoganger Süd, jednak kwestią sporną był termin jej ataku. Pierwszy pomysł zakładał powrót do Bischofshofen, dzień restu i zakupów i powrót w te rejony pod wieczór któregoś dnia, by atakować ferratę z samego rana. Wiązałoby się to jednak z koniecznością dodatkowych kursów nietanimi autobusami, więc ostatecznie postanowiliśmy jechać na ferratę od razu.

Schemat trasy ferraty.

Kierunek Leogang

W autobus do Leogang wsiedliśmy na parkingu, na którym nocowaliśmy. Połączenie było z przesiadką w Saalfelden, gdzie w międzyczasie uzupełniliśmy zapasy w całkiem niedrogim markecie.

Austriacy chyba konkurują między sobą w dbaniu o kwietniki na tarasach. Robi wrażenie.
 Początek marszu nie układał się po myśli. Najpierw poszliśmy w złym kierunku (brak dokładnej mapy się zemścił). Następnie okazało się, że obecny na poglądowej mapie strumyk jest w rzeczywistości zupełnie wyschnięty. Nici więc z nabierania wody, trzeba się było wrócić do sklepu. Słońce było coraz wyżej na horyzoncie, a my nie doszliśmy jeszcze nawet do początku szlaku.

Masyw Leogang widziany z dołu. Ferrata prowadzi jego lewą częścią.

A przed wejściem na szlak czekało nas jeszcze jedno zadanie. Trzeba było znaleźć jakieś miejsce na zrzucenie naszych rzeczy. Upał był tego dnia nieziemski, ale i bez tego ponad kilometrowe podejście z namiotami, śpiworami byłoby małą przyjemnością. Miejsce wpadło nam niemal samo pod nogi - w postaci wiaduktu nad korytem wyschniętego strumienia. Wrzuciliśmy pod niego wszystko co zbędne i kontynuowaliśmy marsz.
Wiadukt pod którym przechowaliśmy nasze sprzęty obozowe na czas wędrówki.
Do parkingu u początku szlaku dotarliśmy ok 13.40 i to już dość mocno zmęczeni gorącem i asfaltowym podejściem z miasteczka. Nie była to wymarzona pora na rozpoczęcie tak wymagającej trasy, no ale co począć.

Widok na dolinę z podejścia do ferraty.

Wykańczające podejście

Wspomniałem już, że ukrop tego dnia sięgał grupo powyżej 30 stopni. I o ile w lesie, którym początkowo wiódł szlak, było po prostu bardzo gorąco, o tyle powyżej niego z trudem dało się wytrzymać.

Ściana z ferratą widziana z bliska.
A ponieważ czas nas gonił, tempo musieliśmy narzucić żwawe. Po pewnym czasie Helmut, który był jeszcze dość mocno wyczerpany po wczorajszym zdobyciu Königsjodlera, doszedł do wniosku, że tego dnia nie da rady zdobyć jeszcze trudniejszej ferraty. Zrezygnował więc ze żmudnego podejścia i udał się do miasteczka w poszukiwaniu pizzy.

Jurgen, Hans i Heinrich ruszają z Hochtor ku początkowi ferraty.
Tego dnia, jak chyba nigdy dotąd, podejście pokonywaliśmy w znacznych odstępach. Każdy szedł swoim tempem, samemu staczając walkę z upałem i wysokością.

Miasteczko Leogang widziane ze szlaku.

Pierwszy do przełączki Hochtor (ok. 1900m) dotarł Jurgen, po nim Hans i Heinrich, a po dłuższej chwili Klaus, który po drodze też doszedł do wniosku, ze ferratę tego dnia odpuści. Po krótkim posiłku ruszamy pod ścianę. Klaus pozostaje na przełączce, skąd ma dobry widok na nasze wspinanie.

Heinrich, Jurgen i Hans na pierwszych metrach ferraty.

Leoganger Süd

O ile dobrze pamiętam, ferratę rozpoczynamy o godzinie 16.00. Już jej pierwsze metry są bardzo trudne, ściana pionowa, trudno o dobre chwyty i stopnie (Räuberleiter - "Zbójecka drabina", trudność D). Jurgen po pokonaniu kilku wymagających odcinków odpuszcza i wraca do Klausa, którzy razem udają się szlakiem do położonego wyżej schroniska Passauer Hütte (2051m).

Heinrich i Hans w środkowej części ferraty.
Tymczasem Heinrich i Hans walczą z kolejnymi fragmentami ferraty. Miejsc na odpoczynek jest stosunkowo niewiele, przejście jest bardzo intensywne. Co jakiś czas dostrzegamy spity, najpewniej służące do budowy stanowisk zjazdowych.

Heinrich i Hans na Trawersie Przewodników widziani z dołu z przez Klausa.
Wreszcie docieramy do Trawersu Przewodników (Bergführer Quergang), najtrudniejszego miejsca na trasie. Trawers jest mocno przewieszony i wbrew nazwie wiedzie trochę pod górę. Z perspektywy osoby, która zaraz ma go przejść robi piorunujące wrażenie. Heinrich na jego widok wpada w zadumę i sięga po papierosa.
Przewieszenie Trawersu Przewodników widziane z jego początku.
W czasie przejścia ubezpieczamy się wszystkim co mamy. Oprócz dwóch zwykłych ramion elastycznej lonży każdy z nas używa jeszcze dwóch krótszych lonż z taśm lub ekspresów (i właściwie cały czas je obciążamy).
Heinrich na szczycie Westliche Mitterspitze (2160m).
Po przejściu tego trawersu od szczytu Westliche Mitterspitze (2160m), który jest końcem ferraty dzieli nas już tylko 10 minut po odcinkach trudności C-D, które po tym co dopiero przeszliśmy nie robią już na nas większego wrażenia.

Hans na końcu ferraty Leoganger Süd.
Ferratę pokonaliśmy z bardzo dobrym czasem - 2h05min, czyli tylko o o 5 minut dłuższym od sugerowanego w przewodniku. Nie muszę dodawać, że tak późnym popołudniem byliśmy na ferracie jedynymi turystami.

Heinrich na moście linowym Passauer Steg na ferracie Loeganger Nord.

Leoganger Nord

 Na górze okazało się jednak, że droga zejściowa prowadzi również ferratą - Leoganger Nord (a wydawało nam się, że istnieje też łatwiejsze zejście), i to w dwóch wariantach. Trochę przypadkiem wybraliśmy ten krótszy (nie prowadzący przez Teufelsloch). W przeważającej części ta ferrata to zejścia pionowymi ścianami z wbitymi stalowymi klamrami. Plus jeden most linowy - Passauer Steg.

Widok sprzed schroniska Passauer Hütte (2051m).
Po wypięciu się z ostatniego kawałka liny wpadamy w lekką konsternację, bo nie widzimy stamtąd schroniska Passauer Hütte, a rozpoczynająca się tam ścieżka prowadzi w przeciwnym kierunku niż się spodziewaliśmy. Trzeba podjąć męską decyzję, bo dochodzi dziewiętnasta, a my jeszcze wysoko. Postanawiamy zaufać logice, olewamy ścieżkę, ruszamy piargami w kierunku, w którym spodziewamy się schroniska. Decyzja była celna, niebawem je dostrzegamy przed sobą i ok. 19.30 sączymy już na tarasie piwko i colę. Co prawda należałoby co prędzej brać nogi za pas i ruszać na dół, ale pogodziwszy się z tym, że na dół zejdziemy już po ciemku, nie możemy sobie odmówić tej przyjemności po tak wyczerpującej trasie.

Jurgen i Klaus na przełęczy Mittagsscharte nieopodal schroniska Passauer Hütte.

W dół ruszamy około dwudziestej. Jest już znacznie chłodniej niż w czasie podejścia, więc idzie się przyjemnie. Schodzenie o tak późnych porach ma tę wielką zaletę, że na szlaku poza nami nie ma żywej duszy.

Jurgen na początku zejścia.
Na dół docieramy około wpół do dziesiątej. Reszta drużyny zorganizowała w tym czasie obóz zaszyty pośród składu drewna w lesie parę kroków od drogi. Na kolejny dzień planujemy powrót do Bishofshofen, więc wyjątkowo nie musimy się spieszyć z pójściem spać, a i wszystko wskazuje na to, że dane nam będzie w spokoju pospać co najmniej do ósmej.

Księżyc nad obozem.

niedziela, 20 października 2013

Austria 2013 - relacja dzień II: Königsjodler

Drugi to zdecydowanie najlepszy dzień naszego wyjazdu. Przemierzyliśmy jedną z najbardziej widowiskowych i najdłuższych ferrat Autrii - Königsjodler. Pokonanie samych tylko ubezpieczonych odcinków według przewodnika zajmuje 5 godzin, a trudności dochodzą do D. Szczegółowe topo trasy można zobaczyć tutaj.

Wysokie Taury o wschodze słońca. 

Poranna krzątanina

Chciałoby się napisać, że tego dnia obudziły nas promienie wschodzącego słońca, powoli wyłaniające się sponad górskich grzbietów. Tak jednak nie było. Obudzili nas mówiący po niemiecku pierwsi tego dnia turyści, dla których widok dwóch namiotów rozbitych kilkanaście metrów od szlaku był niemałą atrakcją. I było to znacznie przed świtem, bo raptem kwadrans po trzeciej.

Austriacka krowa. W tle po prawej schronisko Erichhutte.
Zmęczeni po poprzednim dniu potrzebowaliśmy jednak jeszcze trochę snu. Z namiotów wywlekliśmy się ostatecznie jakoś przed siódmą. Było chyba niewiele powyżej zera stopni, czyli dość rześko. Przed wyruszeniem czekała nas jeszcze kupa pracy. Zwinięte namioty i cały zbyteczny na ferracie sprzęt trzeba było znieść do leżącego poniżej schroniska (mieliśmy bowiem wracać tą samą drogą), tam też należalo uzupełnić zapasy wody, której niewiele nam już zostało.

Pomimo porannej mgły pogoda tego dnia zapowiadała się wspaniale.
W czasie gdy część ekipy porządkowała sprawy z wyposażeniem, na szlak ruszył już Klaus, nasz fotograf, aby bez pośpiechu robić zdjęcia, które możemy tu podziwiać. Reszta wyruszyła około wpół do dziewiątej. Mieliśmy się spotkać u początku ferraty.

Sznurek turystów na początkowym odcinku ferraty Königsjodler. 
Do przełęczy Hochscharte (2283m) dotarliśmy za kwadrans dziesiąta. Okazało się tam, że dzielny Klaus, nie czekając na nas, ruszył już na podbój Königsjodlera. Mając świadomość, że na trasie długiej ferraty może być trudno o miejsca dogodne na postój, przystępujemy do drugiego śniadania. 

Ogon ekipy śniada na przełęczy Hochscharte (2283m). Górka po prawej to Flower Turm, pierwsze spiętrzenie ferraty.
W pewnym momencie dobiega nas wołanie Klausa, który wypatrzył nas z grani. Okazuje się, że nie jest dużo przed nami i niebawem powinniśmy go dogonić. Przełykamy chleb z kabanosem, zakładamy uprzęże i kaski i ruszamy w skały.

Ramiona lonży Klausa. Dobry fotograf, to żywy fotograf.
Ferrata od samego początku robi powalające wrażenie. Znaczna eskpozycja, świetne widoki, wymagające fragmenty. Z niecierpliwością wyczekujemy, co będzie dalej.

Hans na szczycie Flower Turm.
Z zapartym tchem w piersiach pokonujemy kolejne odcinki ferraty. Jednym z nich jest Jungfrauensprung ("dziewiczy skok"), czyli miejsce, do którego przebycia potrzeba zrobić naprawdę duży rozkrok.

Cień ładnie oddaje charakter miejsca o nazwie "dziewiczy skok". 
Stalowe liny pną się to w górę, to w dół, a my wzdłuż nich przemierzamy kolejne granie ferraty.

Strome podejście na Teufelsturm. Na czele Helmut, poniżej Heinrich oraz Hans.
Kolejnym charakterystycznym miejscem na trasie jest Czarcia Turnia (Teufelsturm).

Takie widoki towarzyszyły nam przez całą trasę.
Tuż za nią mamy do pokonania króciutki ale ciekawy most linowy.

Hans tańczy na moście linowym Kranabetter Steig.
Około południa docieramy razem (po drodze dogoniliśmy Klausa) do najbardziej znanego miejsca ferraty - tyrolki Flying Fox. Choć nie ma co ukrywać, że nie mogliśmy sie jej doczekać od początku trasy, to po stanięciu przed nią trochę ucieka nam odwaga. Z braku bardziej wyrafinowanego sprzętu pokonujemy ją, asekurując się dodatkowymi sztywnymi lonżami, krótszymi od tych ferratowych. Heinrich tyrolkę pokonuje zaś przy użyciu ekspresu. 

Helmut w połowie tyrolki.
Pierwszy za przejście zabiera się Hans. Trwa to dość długo: z jednej strony ze względu na brak doświadczenia a z drugiej na chęć delektowania się stanem wiszenia na linie i machania nóżkami na wieloma metrami powietrza.

Klaus kończy przejście tyrolki. Za nim ładnie widać przestrzeń poniżej. 
Każdemu kolejnemu pokonanie tyrolki idzie już sprawniej. Ostatni z nas, Jurgen, odważnie skacze przed siebie i pokonuje prawie całą odległość jednym ślizgiem.
 Jurgen w czasie ślizgu na tyrolce.
Niechętni tyrolce mogą ten fragment pokonać dołem, schodząc do mocno wciętej przełączki, ale według przewodnika jest to dość trudny wariant.

Tyrolka widziana z góry, z Teufelshorn.
Zostawiamy tyrolkę za sobą, wchodzimy na Teufelshorn i przed nami już tylko jedno spiętrzenie przed półmetkiem.
Jedna z ostatnich grani pierwszej połowy ferraty.
Pierwszą połowę ferray, która wedlug mapy powinna nam zająć 2,5 godziny, pokonujemy w około trzy. Aby więc zdążyć zejść przed zmrokiem, musimy trochę przyspieszyć tempo. 

 Ciekawy widok - chmura jakby przyklejona do jednej strony zbocza.
W czasie posiłku Klaus dochodzi w wniosku, że woli zejść bez pośpiechu (z tego miejsca odchodzi ścieżka w doł do kocioła Birgkar), podelektować się widokami i zrobić jeszcze sporo zdjęć.

Rzut oka w dolinę i odlegle pasma.
Pozostała czwórka rusza dalej. Przed nami właściwie tylko jedno, ale za to wymagające podejście - na szczyt Kummstein (2772m).

Fragment ferraty na tle odleglych zboczy po drugiej strony doliny.
Tymczasem Klaus podczas zejścia ma okazję spojrzeć na przebytą trasę z innej perspektywy. Aż dziw bierze, że my tę drogę dopiero co przeszliśmy.

Grań Königsjodlera widziana z zejścia do kotła Birgkar.
Po czasie okazało się również, że nasza technika pokonywania tyrolki nie był optymalna. Poniżej widać turystę, który pokonuje ją we wzorowy sposób - z nogami zarzuconymi na linę.

Turysta na tyrolce widziany z oddali.
Z kolei reszta drużyny natknęła się na drodze na zator. Jakaś kobieta w pewnym dość trudnym miejscu stanęła sparaliżowana strachem i nie chciała ruszyć dalej. Towarzysze próbowali dodać jej otuchy i odwagi, ale nie wychodzilo to najlepiej (może dlatego, że język niemiecki słabo się do tego nadaje). W końcu zmajstrowali naprędce dodatkową lonżę, która pomogła jej (raczej psychicznie niż fizycznie) pokonać to miejsce. Niestety jej stan nadal bliski był paniki, przez co poruszali się dość wolno, a teren przez jakiś czas nie umożliwiał mijania.

Schronisko Matrashaus na  szczycie Hochkonig (2941m). 
W końcu jednak udało się zostawić ich w tyle i około szesnastej osiągnęliśmy koniec ferraty, którym jest szczyt Hoher Kopf (2875m). Ze smutkiem stwierdziliśmy, że lodowiec, który miał być stąd widoczny jest w stanie dość mocnego rozkładu i wokół widać więcej skały niż lodu.

Ekipa na końcu ferraty.
Ale nawet bez lodowca teren wyglądał bardzo ciekawie. Ujrzeliśmy też małe jeziorko powstałe z topniejącego lodu, do którego co prędzej pospieszyliśmy, bo nasze kamelbaki byly już niemal puste, a przed nami jeszcze kawał drogi w doł. Woda z roztapiającego się lodowca nie jest specjalnie smaczna, jest natomiast dość zimna.
Widok z Hoher Kopf na północ. Miał być lodowiec, wygląda raczej jak pustynia.
Zanim rozpoczeliśmy zejście z przełęczy Birgkarscharte, zdecydowaliśmy się jeszcze podejść (30 minut) na szczyt Hochkonig, do schroniska Matrashaus. Co prawda trochę nam się nie chciało, ale perspektywa piwa była mocnym motywatorem. Tak mocnym, że odcinek szacowany przez przewodnik na pół godziny pokonaliśmy w dwadzieścia minut. Piwko wycenili tam na bodaj 4,5 euro, ale to nie miało dla nas specjalnego znaczenia. Smakowało równie wspaniale jak zażywana jednocześnie panorama ze szczytu. Spotkaliśmy też tam Polaka z Torunia, z którym zresztą zaczęliśmy razem schodzić.

Zmierzchanie w czasie zejścia.
Zejście niestety nie należało do najprzyjemniejszych. Przez bardzo długi odcinek było strome i piarżyste, więc zdarzyło nam się kilka razy przejechać siedzeniem po podłożu. Nasza droga prowadziła długo w dół, po czym czekało nas jeszcze jedno, i to miejscami nawet ubezpieczone, podejście - na przełęcz Hochscharte, z której jakieś dziewięć godzin wcześniej zaczynaliśmy ferratę. Stamtąd już tylko w dół do schroniska Erichhutte (od pewnego miejsca po ciemku), gdzie czekał na nas Klaus. Tam spakowaliśmy rankiem pozostawione sprzęty i ruszyliśmy na doł do parkingu, by poszukać kawałka trawy na nocleg. Okazało się, że nie my jedni obraliśmy to miejsce na biwak, a parking tętni życiem. Szczególne pozdrowienia kierujemy do dwóch Słowaków, z których jeden grał na małej gitarce, drugi na akordeonie, przy czym obaj wyli jakieś swoje piosenki. Klaus, który nie był tak padnięty jak reszta, przyłączył się do Słowaków, a reszta dość pospiesznie rozstawiła namioty, zjadła trochę mielonki i padła spać.

środa, 18 września 2013

Austria 2013 - relacja dzień I

Poniżej relacja z pierwszego dnia wyjazdu na ferraty do Austrii. Niebawem kolejne.

Houston, mamy problem

Tegoroczna wyprawa nie zaczęła się obiecująco. Jeszcze przed osiągnięciem Austrii, gdzieś między Monachium a Salzburgiem auto odmówilo nam posłuszeństwa. Z wydechu poszły kłęby dymu, silnik stracił moc, trzeba była stanąć na pierwszej możliwej zatoczce. Było tuż po 9.00. Na szczęście auto było ubezpieczone i mieliśmy do dyspozycji dowóz lawetą do 150 km w wybranym kierunku. Postanowiliśmy kontynuować podróż w planowanym kierunku, zmieniając jedynie delikatnie cel. Zamiast do Ramsau am Dachstein kazaliśmy się zawieźć do Bischofshofen, które jest lepszym węzłem komunikacyjnym i pozwoli nam na (względnie) dogodny dojazd w okoliczne góry (Hochkonig, Leogang, Dachstein). 

Ciekawosta: w Austrii w samochodzie przewożonym lawetą nie wolno siedzieć pasażerom. W związku z tym trzech z naszej piątki kikudziesięciokilometrową trasę z Niemiec do Bishofshofen pokonało taksówką zamówioną przez laweciarza. Na koszt ubezpieczyciela :D

Nasz Wagen ist kaputt. Na miejsce (prawie) przeznaczenia dotrzemy lawetą i taksówką.

Bishofshofen - baza wypadowa

Do miasteczka znanego głównie z Turnieju Czterech Skoczni docieramy tuż przed południem. Na miejsce parkingu i biwaku obieramy ścisłe centrum - trawnik niedaleko dworca kolejowego. Wielki plusem jest to, że widać stąd góry.

Widok na północ z naszego obozowiska w centrum Bishofshofen - (chyba) na Tennengebirge.
W związku z awarią wiemy, że nasze działania górskie będą utrudnione. Dlatego panuje pełna mobilizacja. Modyfikujemy plany i decydujemy się od razu uderzać na Konigsjodlera. Jeszcze tego dnia chcemy więc wyruszyć w okolice masywu Hochkonig, aby jutro z samego rana przejść te ferratę.

Gotujemy obiad, pakujemy cały niezbędny na 2-3 dni sprzęt i krótko po 15.00 ruszamy busem w stronę Dientner Sattel.

Tagahube i ferrata Grandlspitz

Około 16-stej zaczynamy krótkie podejście do schroniska Erichhutte (1545m), w pobliżu którego planujemy poszukać miejsca na rozbicie namiotów bądź nocleg pod chmurką.
 Widok ze schroniska Erichhutte na Taghaube (2159m).
Okazuje się, że z ustronnym miejscem na namiot będzie problem, bo wyszliśmy powyżej lasu i w okolicy są już tylko łąki i kosodrzewina, tj. miejsca doskonale widoczne ze schroniska, co nam, ceniącym prywatność polskim turystom, nie jest na rękę ;). Odkładamy jednak ten problem na później, bo pozostało jeszcze kilka godzin dnia - w sam raz na krótką wędrówkę i pierwszą tego roku ferratę - Grandlspitz.

Widok na masyw z ferratą Grandlspitz (2307m).
Na łące pozostawiamy Helmuta (który chce być wypoczęty nazajutrz) oraz większość bagaży, po czym kierujemy się w górę szlakiem nr 437. Jest już dobrze po 17.00.

Jurgen na drabince przy łatwym podejściu na Taghaube.
Po drodze na ferratę chcemy jeszcze zdobyć szczyt Taghaube. Szlak nie jest wymagający, ale pozwala cieszyć się pięknem alpejskich widoków.

Piękno alpejskich widoków. W tle grań, którą jutro przejdziemy ferratą Konigsjodler.
Około 18.30 osiągamy szczyt Taghaube (2159m). Ponieważ robi się późno, a my planujemy jeszcze ferratę, zagęszczamy ruchy.

Drużyna na szczycie Taghaube.
Aby z Taghaube przedostać się do sąsiedniego masywu z ferratą, trzeba pokonać krótkie (ale dość trudne) ubezpieczone miejsce. Ubieramy więc pierwszy raz uprzęże, wiążemy lonże i ruszamy do przodu (a raczej w dół).

Heinrich na pierwszym ubezpieczonym odcinku tego wyjazdu.
Po chwili docieramy na malowniczą przełęcz, do której prowadzi szlak z doliny omijający Taghaube. Będziemy nim później schodzić, ale mamy jeszcze ferratę do rozwalenia.

Malownicza przełęcz między Taghaube a Grandlspitz.
Żwawym krokiem ruszamy w trójkę (Klaus pozostaje w okolicy przełęczy, by robić zdjęcia) w stronę początku ferraty.

Szlak z doliny schroniska Erichhutte na przełęcz przed ferratą.
Planowana ferrata jest trasą okrężną. Hans, nie doczytawszy tego w przewodniku, myślał, że kierunek jej przejścia nie ma znaczenia. Pomyłka wyszła na jaw, gdy doszliśmy na szczyt Grandlspitz, pokonując jedynie kilka odcinków ubezpieczonych liną, i to raczej bardzo prostych (a ferrata miała mieć trudność C-D, tj. trudna-b.trudna). Topo tej ściany można obejrzeć tutaj.
Na szczycie Grandlspitz (2307m). Przed nami zejście pionową ścianą.
Na szczycie dostrzegamy początek stalowej liny, która znika w przepaści, prowadząc pionową (a w pierwszym odcinku nawet lekko przewieszoną) ścianą w dół. A więc to jest właściwa ferrata. Plujemy sobie w brody, bo wspinaczką nią byłaby wielką frajdą. A zejście... jest wyzwaniem, ale nie takim, jakie tygryski lubią najbardziej. 

Hans, Heinrich i Jurgen na ścianie Grandlspitz podczas zejścia.
U dołu ściany jesteśmy jednak szczęśliwi z przejścia pierwszej ferraty. O zachodzie słońca ruszamy w dół do Helmuta, by rozbić namioty.

Zachód w czasie zejścia.
Zejście kończymy dobrze po 21.00, już przy świetle czołówek. Udaje nam się znaleźć w miarę wygodne miejsce na rozbicie namiotów. Zmęczeni po nocnej podróży samochodem, zamieszaniem z jego awarią i pierwszej wędrówce szybko kładziemy się spać.

Zaśnięcie trochę utrudniają krowy z głośnymi dzwonkami u szyi, z którymi przyszło nam współdzielić łąkę.

Nasz namiot na tle doliny.